Wyjazdy
To był jeden z mich najlepszych wyjazdów, a zaraz jeden z najdziwniejszych… Rzeszów – daleko?? Blisko?? Około 300 km drogi. W każdym bądź razie ponad 18 godzin spędzonych od wyjścia na mecz i powrotu (bez przedłużenia w postaci imprez, świętowań itp.) to wydaje mi się, że to sporo…

Do stolicy Podkarpacia wybieramy się w 10 osób – 2 fury.Nieco po 11 startujemy, więc czasu na spokojne dotarcie mamy prawie siedem godzinek, co wydaję nad to bezpieczną liczbą, w którą był wliczony godzinny postój w Jaworznie – a bo tak… Plus, minus, może parę minut dłużej nam zeszło. W każdym bądź razie od tego momentu zaczęły się kłopoty. Postanowiliśmy nie płacić i nie jechać „Autobahnem”, także kierowaliśmy się alternatywnymi drogami. Pomyliwszy zjazd na jednym rondzie, musieliśmy nadrobić parę kilometrów, lecz nie była to znaczna liczba. Wszystko zaczęło się komplikować kiedy dojechaliśmy do Skawiny. Pierwszy samochód był tam od 10 minut, my z powodu kłopotów chmielowo-pęcherzowych zostaliśmy w tyle. Dojechaliśmy donaszaj ekipy z przodu na około 300 metrową odległość, ponieważ trafiliśmy na gigantyczny korek. Jak się okazało to był jeden z głównych ciosów, które zafundowała nam infrastruktura polskich dróg. 15-20 minut, wytyczenie nowej trasy z map, ponieważ na znaki i „Krzyśka” nie było co liczyć, ten z kolei uparcie nas pchał w korek… zawrócenie i uderzamy przez wsie i miasteczka. Z pomocą tubylców po półgodzinie(lub i więcej) docieramy do jakieś głównej drogi, chyba… Zakopianki… no nic, kolejne 30-40 min i jesteśmy w Wieliczce, w której powinniśmy być spokojnie godzinę wcześniej. Ujrzawszy znak Rzeszów 150/170 km i słysząc w tle Fakty o 16 w radio, było wiadomo, że na początek meczu mamy marne szanse zdążyć, także nie trzymaliśmy się już razem i fura nr 1 wykorzystując swoje lepsze możliwości odpaliła do przodu. Dwa paski trasy jednak nie trwały wiecznie i nasze nieco poprawione humory z powodu szybkiej jazdy szybko nam przeszły, kiedy trafiliśmy na jednopasmówkę i co wiążę się z tym tiry i inne wynalazki, które uparcie przeszkadzały nam w dotarciu do celu. Uparcie to mało powiedziane, bo jazda 50 km non stop za jakimś transporterem z drewnem z prędkością 40km/h naprawdę nie należy do najprzyjemniejszych, wiedząc, że mecz już się rozpoczął. Można było by powiedzieć, co za problem wyprzedzić, ale kto tamtędy ostatnio nie jechał, ten nie ma pojęcia co wyczynili tam drogowcy. Ich pomysły po prostu są rodem z Monty Phytona. Brak składu, brak ładu, za to mnóstwo palików i miejscami wyrastające zwężenia, już maksymalnie zwężonej drogi, oraz niezrozumiałe zjazdy, lub totalny brak oznakowań jezdni, czy bocznych znaków… Lecz nawet taka droga pozwoliła nam na pstryknięcie pamiątkowej fotki wyjazdowej, która zapewne będzie nas kosztować ok. 200 PLN i kilku punków na kartę club card koleżankę, która siedziała za kierownicą tego bolidu.

Pierwszy samochód dojechał na miejsce około 18:50. Ekipa zakomunikowała, że nie ma biletów i nie mamy jak wejść, także próbowaliśmy dodzwonić się do prezesa Pakosza, który nie raczył jednak odebrać ani razu telefonu. Po kłopotach z parkingiem jesteśmy 15 minut później i próbujemy załatwić wejście, najpierw w kasie, gdzie biletów nie było, ale chęć osób tam pracujących była spora, aby pomóc nam „legalnie” wejść na mecz. Wykonali telefony, jednakże nikt nie wyraził chęci wpuszczenia nas na mecz – ale próbowali, za co wielkie dzięki. Dwie akredytacje są, więc wbijamy na hale gdzie udajemy się do prezesa , aby pomógł nam wejść, co spotkało się następującą odpowiedzią „ale co ja mogę…” – fakt, to tylko prezes klubu AZS Częstochowa, zapewne nic nie może. Z wielką łaską wyjął telefon, na którym miał chyba kilkadziesiąt nieodebranych połączeń i wiadomości sms od nas. Próbował się gdzieś dodzwonić, bez skutku. Jakie chęci, taki efekt -WIELKIE DZIĘKI PREZESIE, ZA TO, ŻE KIEDY POTRZEBUJEMY TWEJ NIEWIELKIEJ POMOCY OKAZAŁEŚ NAM SWOJĄ ŁASKĘ I WYJĄŁEŚ TELEFON, NA PEWNO ZAPAMIETAMY CI, ŻE PO PRZEJECHANIU 300KM W BÓLACH, TY POMOGŁEŚ NAM WEJŚĆ NA HALĘ!!!

Próba motania trwała nadal a że na Pakosza nie ma co liczyć, także nie stałem w jego okolicach i nie wkurw… się. Po paru minutach jakoś weszliśmy w okolice trybun, gdzie niestety nie było nic widać, na szczęście niektórzy mają więcej dobrej woli i przyjaznego nastawienia, także od połowy 3 seta oglądamy mecz. Bez dopingu, bo na razie jesteśmy incognito i szukamy miejsca na następny set(dwa pierwsze wygrane – dzięki za info telefoniczne, trzeci gładko przegrany). Od czwartego seta ustawiamy się na swoim miejscu, wywieszamy flagę „ANTYPIKNIK” i jedziemy z dopingiem praktycznie do końca meczu, a także po nim. Nie mamy większych szans z 4tysiacami Resoviaków, ale kiedy tylko cichną jesteśmy słyszalni. Mecz wygrywamy, cieszymy się jak dzieci, w końcu 2pkt i okoliczności tego wyjazdu są bardzo istotne. Po meczu dziękujemy siatkarzom, trener Gogol dziękuje nam za doping i kierujemy się stronę naszych automobili. Na samej hali i pod nią bez żadnych problemów.
Nas postoju raczymy się przednią strawą w jednej z knajp poleconych przez żonę kolegi – szacuj za polecenie. W kompletnej mgle, tym razem udajemy ku A4 i bezpiecznie docieramy do domu, lecząc spokojnie swoje gardła syropem chmielowym. Częstochowa 2:30 – wyjazd można uznać za zakończony.
Z mojej strony wielkie podziękowania dla kierowców obu samochodów, a w szczególności dla naszej koleżanki, która musiała wiele z nami znieść…

Pozdrawiam, dzięki za wszystko.

FOTO w temacie
strzałkahttp://azs.iq24.pl/default.asp?grupa=117132&temat=51061&nr_str=1


  PRZEJDŹ NA FORUM